Naga Prawda Kuchni

Krew, Pot I Łzy

Życie nie jest zepsute, ma słodko-gorzki smak. Ostre grzanie sprowadziło niejednego człowieka na złą drogę i powiadam, nie idźcie tą drogą. Nie będzie nawet o jednym kielichu, ale będzie o wszystkich odcieniach życia na pograniczu wycieńczenia i pełnej ekstazy. Zajrzymy od kuchni w zaklęte rewiry, gdzie krew jest tak powszechna jak na pierwszej linii frontu, pot poleje się po plecach i pojawią się łzy niekoniecznie spowodowane bólem.
Jak wiadomo wszystko co piękne podobno rodzi się w bólach i wiele jest prawdy w tym stwierdzeniu. Pamiętamy pierwsze kroki w dziedzinach w których przynajmniej w naszym mniemaniu jesteśmy mistrzami, pierwsze porażki i radość z gloryfikacji naszych myśli i czynów fizycznie zmaterializowanych. Jest taka dziedzina życia wokół której kręci się świat. Nie seks, chociaż bez wątpienia na pewno znajdzie się na pudle, używając nomenklatury sportowej. Nie pieniądze, ponieważ nie są najważniejsze i nie wszystko można za nie kupić. Mianowicie słowo klucz to kuchnia, rozumiana nie jako miejsce materialne, chociaż wszyscy wiemy, że najlepsza impreza zawsze kończy się w kuchni. Kuchnia to istota człowieczeństwa, wszak jesteśmy tym co zjadamy. Łatwo rozszyfrować w jakim zakątku świata się znajdujemy po tym co nam podają tubylcy na strawę. Jednak prawdziwe oblicze kuchni to nie celebracja życia, to również piekielne doznania. Nie popadajmy jednak w paranoję. Wszyscy wiemy, że dobre jedzenie zawsze prowadzi do łóżka, tej wersji się trzymajmy.
Tym razem jednak aby nadać pikanterii, pojawią się wątki rodem z najgorszego scenariusza. Zatem witajcie w krwawej bajce o tej gorszej stronie życia kuchennego. Krew pojawiała się zawsze i tak jest do dzisiaj, jest nieodzownym elementem każdej kuchni, mięso jest zjadane pod każdą szerokością geograficzną i tylko hipokryta twierdzi, że nie zabija płacąc rzeźnikowi za kawałek mięsa. Jest to „oczywista oczywistość”, że mamy krew na rękach, świadomie lub nie. Nawet wegetarianin czasami podczas krojenia biednych roślinek zatnie się niefortunnie i krew na rękach pojawia się błyskawicznie. Krew tracimy czasami podczas krojenia i nikomu nie życzę zagapienia się wówczas nożem do sashimi, mało przyjemne doznanie. Jeżeli mieliśmy możliwość skaleczenia się kartką papieru lub źdźbłem trawy, to wiecie o czym mówię, głęboka i bolesna to rana. Nie powiem, że zabijanie dla przetrwania i zapewnienia pożywienia jest czymś miłym, ale istota łańcucha pokarmowego jest nieubłagana. Miałem kilka razy możliwość uczestniczenia w polowaniu, czy uboju i zawsze niesmak pozostawał. Jednak mięso jadam i nawet mimo próby rzucenia organizm wariował. Tak czy inaczej krew również napędza nasz organizm do życia, jest trochę w tym ironii losu. Krwiopijca? Niekoniecznie, chociaż jest wiele fantastycznych potraw, które bez krwi by nie istniały. Mianowicie, znana wszystkim czernina. Nie byłem w stanie pojąć jak można to spożywać, do momentu jak nie uzmysłowiono mi, że smakuje jak kompot z suszu, to było słowo klucz, nawet wytrych. Czy taka Morcilla de Burgos, hiszpańska odmiana kaszanki. Na samą myśl mam rogala na twarzy, połączenie słodkiego i pikantnego smaku. Kolejna odsłona krwawej wędliny w wersji z wysp to Black Pudding, szczerze nie wiem jak można używać nazwy Pudding z pierwszym członem Black? Kocham brytyjskie poczucie humoru. Stek to kolejne słowo klucz. Bez wątpienia powinien być krwisty lub średnio wysmażony. Jednej jednak rzeczy nigdy nie zrozumiem. Jak można zamówić wersję well done, czyli mocno wysmażoną. Istna profanacja, lepiej wysmażyć podeszwę od buta, zapewne podobnie smakuję... Jest mięso, za które dam się pokroić, mowa o wołowinie rasy Wagyu z regionu Kobe. Wołowina swoja wyjątkowość zawdzięcza marmurkowej strukturze. Ten właśnie tłuszcz powoduje, że smakiem naprawdę powala na kolana. Czemu zawdzięcza swój boski smak to mięso? Krowy są pojone piwem, maskowane i słuchają muzyki poważnej. Ach, chociaż przez kilka dni być taką krową. Zgłębiałem dietę związaną z grupą krwi, w każdej z grup niewskazane jest spożywanie krewetek, przecież to nieludzkie. Krew człowieka może zalać, jak czyta te wszystkie diety, przecież wystarczy jadać z umiarem i nie ma potrzeby z czegokolwiek rezygnować.
Pot w kuchni pojawia się równie często co krew, przecież w kuchni bywa naprawdę gorąco . Niewiele osób jest to w stanie wytrzymać, dlatego żeby być kucharzem trzeba naprawdę mieć jaja. Wielu osobom bycie zawodowym kucharzem kojarzy się z nieskazitelnie białym kitlem, gotowaniem podobnym do tego w domu, gówno prawda. To zawód dla prawdziwych mężczyzn, gotowych na izolacje od społeczeństwa, bardzo wysokie temperatury, stres i towarzyszący ból. Trąca męską szowinistyczna świnią, ale niestety kobiet w tym zawodzie niewiele, prawda jest gorzka.Kiedy przychodzi czas w restauracji gdzie ruch jest na tyle wzmożony, ze kelnerzy biegają po sali nie nawiązując z nami kontaktu wzrokowego, to na kuchni zawsze pada pytanie w stylu, czy jest na kuchni mąka na podsypanie? Tylko po to aby się nie zatrzeć. Kilka razy widziałem jak pot z czoła był substytutem soli, kropla z rozgrzanego czoła kucharza spadała na wydawaną potrawę, brzmi pysznie, prawda? Wracając do kuchni w bardziej swobodnym wydaniu, to pot zawsze pojawia się po dużej ilości chili w potrawie. Kocham ten stan. Chili doprowadza organizm do szaleństwa, jakie może towarzyszyć podczas konsumpcji udanej randki. Chili dzięki naturze posiada coś, co zowie się kapsaicyna. W niewielkich ilościach podnosi poziom endorfin, znamy te motyle w brzuchu. W razie ran ból zniknie, no cóż, tylko bez przesady. Ostrość mierzona jest w SHU, skali która pozwala nam określić ostrość doznań. Zwykła słodka papryka ma 0 w SHU, dla porównania Habanero Red Savina osiąga do 577.000 jednostek SHU. Tak naprawdę to jest polny groszek w porównaniu z Naga Jolokia która posiada ponad 1.000.000 jednostek SHU. Szczerze to raczej proponuję testowanie Habanero, na tym koniec. Chyba, że nic co ludzkie nie jest nam obce. Tylko proszę nie mówić, że namawiałem. Znawcy spożywania piekielnie ostrych dań powiadają, że pot po spożyciu pojawia się dwa razy. Podczas jedzenia i w fazie końca obiegu. Wiele jest prawdy w tym stwierdzeniu.
W kuchni pojawiają się łzy. Na początku zakłopotanie, co dzisiaj na obiad? Dylemat wielu osób, przede wszystkim kobiet gotujących dla swoich członków rodziny. Przymus społeczny jest na tyle silny, że gotują nie z wyboru, tylko z tego powodu, że są kobietami. Słabe to powody, tym bardziej, że wiele kobiet nie znosi gotowania już od samego początku planowania zakupów. Pieprzenie, że to mężczyźni są lepszymi kucharzami. Facet gotuje z zamiłowania, kobiety jeżeli kochają mieszanie w garach nie ustępują kreatywnością i walorami smakowymi żadnemu zakompleksionemu szefowi kuchni. Przykre ale prawdziwe. Nie zmuszajmy zatem nikogo do gotowania, nie zmuszajmy do frustracji i łez. Łzy mają też pozytywne walory, bez dwóch zdań oczyszczają duszę. Biorąc pod uwagę co czasami spożywamy każdy powinien, mieć chwilę dla siebie, aby kilka łez po polikach poleciało. Jest coś przy czym niejedna łza w oku się zakręciła. Cebula niejednego amatora krojenia doprowadziła do łez. Zawarte w niej enzymy powodują rozklejanie się każdego podczas naruszenia struktury komórkowej. Jedyny sposób jaki mi jest znany, aby uniknąć łez podczas siekania, jest zwilżenie cebuli wodą. Schłodzenie też daje rezultaty. Co najważniejsze podczas smażenia wspomniany wcześniej enzym zostaje unicestwiony. Wasabi czyli chrzan rodem z Japonii podczas ucierania daje takiego kopa, że powąchanie tego specjału w szybkim czasie doprowadzi nas do łez. Nasz rodzimy również nie odbiega od japońskiego brata właściwościami wyciskania łez, chociaż znacznie różni się wyglądem. Jest jeszcze jeden czarny charakter. Olej musztardowy, nie mylić z gazem musztardowym. Tak naprawdę jego spożycie w większej ilości nie zawsze może się skończyć dobrze dla zdrowia. Podrażnia mocno błony śluzowe. Służy do przygotowywania marynat . Ma również podobno zbawienny wpływ na jędrność piersi, masaż tym olejem czyni cuda, zatem niewiasty? Niejeden mężczyzna zapewne rozetrze olej musztardowy w swych dłoniach. Do łez również może doprowadzić finał gotowania, który bywa czasami mówiąc delikatnie nieoczekiwany. Tylko bez łez, bo przecież trening czyni mistrza. Nie ma patentu na mądrość w zakamarkach kuchni, kto nie miejsce na idealne doświadczenia. Wpadki są tutaj codziennością.
Jest kilka zasad które uchronią nas przed kłopotami gastrycznymi, które obrazowo mogą skończyć się krwią, łzami i potem. Unikać należy na wyjazdach miejsc dla napływowych, czyli turystów. Katastrofa totalna. Zawsze należy szukać miejsc gdzie jadają tubylcy, to jedyna gwarancja udanego wypadu kulinarnego. Nie wiemy to pytamy, prosta zasada. Nie ma głupich pytań. Tylko proszę bez pytań w stylu co dzisiaj polecacie? To już w większości miejsc skazywanie siebie na spożywanie produktów które swoją świeżość skończyły w najlepszym wypadku kilka godzin wcześniej. Wracam szybko przez drzwi oddzielające salę restauracyjną od kuchni, to dwa miejsca różniące się diametralnie. Piekielna kuchnia gdzie wszystko jest możliwe a stara zasada mówi, że jak coś spadło na podłogę i nie leżało pięć sekund to nadaje się do spożycia, nawet jak jest to stek który był grillowany i miał trafić na talerz ale nie udało się. O dziwo jesteśmy przyzwyczajeni do smaku produktów które w żargonie kucharskim odlatują. Wszystko się bierze z tego, że sklepy w których kupujemy mają mylne pojęcie świeżości. Nie lubimy ryb, bo śmierdzą. Nie ma nic bardziej mylnego, świeże ryby i owoce morza pachną morzem, a nie skondensowanym tranem. Co teraz począć, zrezygnować z jedzenia? Niemożliwe, więc należy szukać, w końcu to nasze zdrowie. Przyjaźń ze sprzedawcą nie musi kończyć się związkiem, ale uchroni nasze zdrowie i będzie gwarantem, że nie kupimy kupy.
Zniesmaczyłem trochę życie kulinarne? Mam nadzieję, że wiele osób otworzy oczy i umysł. Delektujmy się życiem, ale z umiarem.
Trwa ładowanie komentarzy...