O autorze
Zostałem naznaczony w czwartym roku swojego życia, orderem odważnych w kuchni, a znamię noszę do dzisiaj . Pierwsza moją fascynacją kulinarną były kluski lane, choć nie wyglądam jak kluska. Podróżując po świecie od najmłodszych lat z Dziadkami poznawałem nowe kultury od kuchni, obce mi były traumatyczne przeżycia z przedszkolną jajecznicą ze szpinakiem. Moim konikiem jest japońska kuchnia, którą ubóstwiam i wznoszę na piedestały nie bez przyczyny, jest piękna w swej prostocie. Nie jadam po to żeby żyć, tylko żyje po to żeby jeść. Jadając bardzo różne rzeczy, niejednokrotnie w miejscach gdzie ludzie boją się zaglądać. Tam tkwi dusza, a to w kuchni najważniejsze. Z nie jednego pieca chleb jadałem, podróżując u boku Roberta Makłowicza, zaglądając w zakamarki miejsc zakazanych dla zwykłego śmiertelnika. Chwile spędzone w tych kulinarnych ogrodach rozkoszy zawsze nosze w pamięci. Popieram każdy nowy smak. Znam ich wiele, ale smak życia to ideał. Dzielenie się wiedzą to jak zaproszenie do wspólnego stołu. Robię to z dziką rozkoszą, sam wtedy poznaję nasze upodobania kulinarne, walcząc z uporem maniaka o lepsze potrawy na naszych stołach. Kocham poznawać nowych ludzi, każdy z nas ma inną historię, inne wspomnienia, a wszystko kręci się wokół garnka.

Szał Ciał

Czyli chili

Relacja z koncertu Red Hot Chili Peppers? Niekoniecznie, chociaż muzyka potrafi tak nakręcić w kuchni, że nie potrzebne są naturalne skarby natury, aby podnieść poziom endorfin.
Szał ciał to oczywiście ekstaza taneczna, która w różnych zakątkach świata przybiera różne formy, co tu kryć „Rio” jedno słowo chodzi po głowie.
Nie mamy się czego wstydzić, jak mało który naród potrafimy zrobić karnawał w pożytkiem dla innych w środku zimy, szacun Jurek.
Znam inne szaleństwa niczego sobie również, ale od czegoś trzeba zacząć aby nakręcić duszę i ciało. Enigmatyczne afrodyzjaki potrafią zamieszać nie w jednej głowie, ale warto skupić uwagę na jednym nieodzownym składniku każdej dobrej kuchni czyli chili.
Pochodzi z Ameryki Południowej, ale swym smakiem i właściwościami zjednała sobie cały świat. Początkowo trafiła na Półwysep Iberyjski, potem Kraje Bałkańskie i Indie.
Pierwszą przygodę z papryką w aspekcie kulinarnym rozpocząłem u naszych bratanków tych od szabli i od szkalnki... Tak już zakochałem się po uszy i miłość paprykowa trwa do dzisiaj. Węgrzy nazywają paprykę z okolic miasta Szeged „czerwonym złotem” nie bez powodu, dojrzewa w cudownym słońcu i rośnie na odpowiedniej glebie, co nadaje jej odpowiedni kolor i aromat.
Po wyizolowaniu witaminy C z papryki w 1937 roku pewien Węgier otrzymał nagrodę Nobla. Węgrzy swoją długowieczność tłumaczą papryką, a ja tłumaczę cudowną urodę niewiast z tego regionu... No cóż warto się wybrać na kilka ostrych chwil w okolice Szegedu. Co ciekawe, jeśli owoc rośnie do góry znaczy, że mamy do czynienia z ostrym stanem, jeżeli do dołu daje słodycz. Jeszcze ten widok łańcuchów z chili na każdym domu, warto żyć.
Prem mój dobry znajomy Hindus, który tworzył swoje dzieła kulinarne na rajskich plażach Goa, pokazał mi kilka sztuczek, ale lubię jedną najbardziej banalną. Mianowicie zakąskę, którą robi z całych suchych strąków chili, które smaży na głębokim tłuszczu, tworząc w ten sposób dwa urokliwe specjały. Wspomnianą wcześniej postać chili chips, oraz oleju który pozostaje o zniewalającym aromacie i kolorze.
Japończycy namieszali i wymyślili ichniejszą przyprawę Togarashi, mieszankę na bazie czerwonego pieprzu chilli, skórki pomarańczowej, sezamu i kilku innych składników. Całkowicie inna ostać chilli, ale bez obaw daje czadu.
Afrykański specjał, który zmienił moje wyobrażenie o papryce to pasta Harissa, zajadałem się tym i do dzisiaj nie mogę zapomnieć tego stanu umysły z podwyższonym poziomem endorfin. Do tego kilka kawałków soczystej jagnięciny z kus kusem i oczywiście nieodzowna Berber Whisky serwowana przez Berberów na każdym kroku.
RPA posiada coś co tak naprawdę zostało odkryte niedawno na pewnej farmie, owoc Peppadew. Wielkości czereśni o smaku słodyczy wpadającej w niesamowitą ostrość. Niewiarygodne połączenie tych dwóch smaków zaskakuję
przy każdym kolejnym kęsie. Niezastąpione jako nośnik rożnych farszy, sprawdzi się na każdym bankiecie.
Czas wrócić do korzeni, czyli Ameryki Południowej. Tam dopiero można poczuć powiew historii. Na obecnych terenach południowego Meksyku chilli było spożywane już 7500 lat p.n.e. Dla Meksykanów jest symbolem narodowym i wyróżnikiem ich kultury. Chyba najbardziej popularnym daniem Meksyku jest Mole. To nietuzinkowa mieszanka kilku odmian papryki chilli, zielonych pomidorów, czosnku, cebuli i czekolady. Dla przeciętnego zjadacza chleba to szalone połączenie, ale swym miksem powala niejedne kubki smakowe. Ciekawe połączenie chili i czekolady z pewnym dodatkiem rozpali niejedno serce, ale o tym będzie zaraz przy szampanie...
Chilli dzięki naturze posiada coś, co zowie się kapsaicyna. W niewielkich ilościach podnosi poziom endorfin, znamy te motyle w brzuchu. W razie ran ból zniknie, no cóż, tylko bez przesady.
Ostrość mierzona jest w SHU, skali która pozwala nam określić ostrość doznań.
Zwykła słodka papryka ma 0 w SHU, dla porównania Habanero Red Savina osiąga do 577.000 jednostek SHU. Tak naprawdę to jest polny groszek w porównaniu z Naga Jolokia która posiada ponad 1.000.000 jednostek SHU.
Tak szczerze to raczej proponuję testowanie Habanero, na tym koniec. Chyba, że nic co ludzkie nie jest nam obce. Tylko proszę nie mówić, że namawiałem.
Co łagodzi ostrość? Kwaśna śmietana na pewno pomoże. Było ostro, teraz wkraczamy w krainę łagodności.
Wspomniany wcześniej szampan z truskawkami. Szczerze zamiast szampana wybrałbym Cave, specjał z Katalonii. Do tego sos z gorzkiej czekolady i chili. Nie rozpali niejednego zimnego wieczoru?
Nie wierzę. Gorzka czekolada w połączeniu z chilli po delikatnym podgrzaniu z odrobiną śmietanki zmieni swoje oblicze. Delikatnie zamoczone truskawki w sosie rozpływające się w ustach i szelest uciekających bąbelków...
Zrobiło się gorąco bez dwóch zdań,warto pomyśleć o własnym Rio, przecież można rozpalić ciało karnawałowo od środka...
Trwa ładowanie komentarzy...