Latający Holender

Śledziem Jedzie...

Nie będzie to historia portowa, chociaż aspekty takowe się pojawią. W końcu będzie słów kilka o kulinarnej Holandii. Skupię się na niewielu wątkach, ale dla mnie bardzo istotnych.
Śledziem jedzie, nie raz słyszałem o zapachu ryb. Nic bardziej mylnego, a dlaczego? Nic tak pięknie nie pachnie morzem jak świeży śledź, nic tak nie smakuję wyśmienicie jak Matias, a Holandia to miejsce gdzie celebruję się tak spożywanie śledzi jak nigdzie indziej na świecie. W rejonie całego wybrzeża holenderskiego można spotkać stoiska ze śledziami, zwłaszcza wczesnym latem gdy trwa sezon na młode śledzie czyli wspomniany wcześniej Matias. Jest to młody śledź bez ikry i mlecza, czyli śledź dziewiczy. Jedyną i prawidłową metodą spożywania mattjesharing to złapanie śledzia za ogon, należy unieść go nad odchyloną głową i powoli wpuszczać do gardła.
Ci którzy próbowali wiedzą, że jedne z najlepszych doznań smakowych świata.
Sezon połowu rozpoczyna się tradycyjnie 31 maja i w tym właśnie dniu odbywają się liczne uroczystości. Statki wypływają w morze i rywalizują ze sobą który z nich pierwszy powróci na ląd z połowem. Pierwsza tona matiasów zwanych Hollandse Nieuwe jest zgodnie z tradycją ofiarowana królowej.
Czy nadal ktoś twierdzi, że śledź nie jest królewską rybą? Nie sądzę.
Jest jeszcze coś co notabene gości na stołach w całej Europie i stało się oczkiem w głowie kuchni belgijskiej, czy francuskiej a tak naprawdę pochodzi holenderskiego miasta Yerseke u ujścia Skaldy, mianowicie omułki. To miejsce gdzie znajduję się jedyna na świecie giełda towarowa omułków czyli muli.
Nie wolno było spożywać kiedyś omułków w okresie od czerwca do sierpnia, czyli miesiącach w których w nazwie nie widniała literka „r”, mowa o języku niemieckim czy holenderskim. Z prostej przyczyny, małże odfiltrowują wtedy wodę morską i gromadzą truciznę z czerwonych glonów, co może spowodować zatrucie pokarmowe. Na szczęście groźba taka już nie istnieję, przecież większość to omułki hodowlane, zwane potocznie przez Holendrów Skarbem Naturalnym.
Nie będzie o serach, chociaż czasami oddam wszystko za kawałek Goudy, czy Friese Nagelkaas. Słodycze też mi nie w głowie, chociaż warto wspomnieć, że istnieje słodka namiętność Holendrów czyli lukrecja. Nie ma miejsca, gdzie spożywa się tyle lukrecji co w Holandii. Niezrozumiała jest dla mnie ta namiętność do tego przysmaku o zabarwieniu smoły i raczej słonawym niż słodkim smaku.
Teraz poszalejemy przy kieliszku narodowej wódki Holendrów, nazywa się Genever. Pewien profesor z Lejdy opracował recepturę jałowcówki w XVII wieku, która obecnie funkcjonuje pod nazwą Jenever i faktycznie niewiele ma wspólnego z jałowcówki. Chyba że natrafimy na butelkę z napisem Oude Genever, wtedy jest szansa na posmakowanie starej tradycyjnej receptury.
Jesteśmy przy używkach i nie sposób zapomnieć o miękkich narkotykach, dodawanych z namiętnością do ciasteczek zwanych Hash Cookies, czy Green Dragon, to już nalewka z dodatkiem marihuany. Spożywa się wszystkie te „faszerowane” produkty w celach leczniczych lub dla przyjemności. No cóż...
Parafrazując pewną piosenkę, która chodzi mi po głowie, a jest tam taki fragment:
„...Ofiaruję mojej dziewczynie, wszystkie kwiaty Holandii...”
Jestem zwolennikiem obdarowywania żywnością, więc bukiet tulipanów z chęcią zamienię na na trzy dorodne Matiasy, na zdrowie oczywiście.
Trwa ładowanie komentarzy...