Fiordy To Mi Z Ręki Jadły

Czapki Z Głów, Północ Nadchodzi...

Takie mniej więcej mamy pojęcie o kuchni skandynawskiej. Smakując północ natrafimy na skarby kulinarne, nie tylko w kwestii produktów ale i osobowości.
Jest wiele miejsc gdzie kulinarnie świat został zwojowany, ale bezapelacyjnie Kopenhaga wiedzie prym. Dlatego, że chciażby znajduję się tam najlepsza restauracja świata, zowie się Noma. Tytuł zostaje przyznawany corocznie przez radę The World's 50 Best Restaurants Academy w której zasiada osiemset wpływowych liderów branży gastronomicznej. Większość dań serwowana w restauracji to nowatorskie potrawy kuchni nordyckiej. Szefem kuchni Nomy jest trzydziestotrzyletni Rene Redzepi, który szlify zdobywał pod czujnym okiem Ferrana Adrii w słynnej hiszpańskiej restauracji El Bulli, jak to bywa uczeń przerósł mistrza.
Abstrahując od Nomy, Kopenhaga to zagłębie kulinarne, większość restauracji to perełki, gdzie szefowe kuchni do perfekcji opanowali swoją pasję z determinacja tworząc istne dzieła sztuki na talerzach.
Prawdziwym eldorado dla smakoszy jest Bornholm, to tam właśnie zjednoczyło się już kilkudziesięciu wytwórców żywności, gastronomów, sklepikarzy i utworzyli związek o nazwie Regionalna Kultura Kulinarna Bornholmu.
Dzięki staraniom związku kultura żywnościowa wyspy znalazła się wśród ośmiu dziedzin wspierania w ramach unijnego programu rozwoju regionów. Moim faworytem z tej wyspy jest Danablu, ser za który spółdzielnia mleczarska dwukrotnie zdobyła tytuł serowarskiego mistrza świata. Te wszystkie wędzone śledzie, wyroby serowarskie, czy olej rzepakowy z farmy Lehnsgaard w Aarkirkeby mają wsparcie. Tylko pozazdrościć i zrobić coś w tym kierunku aby u nas chociaż drgnęło w tej kwestii.
Szwedzi tez pozazdrościli Duńczykom i chcą aby ich kraj też był kulinarnym pępkiem świata, inicjatywa wyszła odgórnie, sam minister rolnictwa zaangażował się w całą historię dosyć mocno. Mnie jednak bardziej ciekawi aromat sfermentowanych śledzi czyli Surströmming. To doznanie które na pewno pozostanie do końca moich dni. Śledzie sprzedawane są w puszkach, które podczas fermentacji z walca robią się bardziej kuliste a to już jest ostrzeżenie. Po pierwsze nie należy otwierać puszki w zamkniętym pomieszczeniu, gwarantowany wtedy smród który przypomina sam nie wiem co, ale do dziś jak pomyśle czuje z nozdrzach. Smak również mocno zapisuję się w pamięci, chociaż jest o wiele ciekawszy niż zapach. Cienka kromka ciemnego pieczywa, posiekana drobno czerwona cebula, kawałek ugotowanego ziemniaka, kwaśna śmietana, rozgnieciony widelcem Surströmming i kieliszek wódki na zawsze pozostaną na zawsze w mojej głowie.
Szwedzi maja również jeden z moich ulubionych przystanków kulinarnych, mianowicie Östermalms Saluhall w Sztokholmie, czyli budynek który od 1888 roku bezapelacyjnie kreuje wyobrażnie kulinarną, nie sam budynek ale zawartość. Jest tam wszystko czego kulinarna dusza zapragnie, wybierać i tworzyć. Genialne miejsce do nurkowania w kulturę jedzenia.
Jest jeszcze coś co zaciekawiło mnie na tyle, że mam spory zapas dżemu z tego reliktu epoki lodowcowej, czyli moroszki. Niepozorny krzew który dojrzewa w połowie sierpnia, daje owoce o złotawym kolorze, lepkie i soczyste.
Jeżeli chodzi o szwedzkie mistrzostwo świata to bez wątpienia pretendują do tytułu kanapki.
Norwegowie natomiast to królowie łososia, zna go chyba każdy. Nie dla każdego Gravlaks to znajome słowo, a jest to postać marynowanego łososia.
Idąc tropem absurdów kulinarnych myślę o dorszu, ale nie byle jakim mianowicie Lutefisk, postać dorsza marynowanego w ługu. Podawany jest najczęściej z ziemniakami bądź serem gammelost. Doznania smakowe raczej słabe. Jest jeszcze coś, o czym obrońcy praw zwierząt nawet nie chcą słyszeć. Hvalbiff czyli Stek z wieloryba, konkretnie z płetwala karłowatego. Są jeszcze foki, które na północy są kraju są prawdziwym przysmakiem.
Mięsa jakie spożywane są w Norwegii to przede wszystkim renifery i łosie, a dodatkiem są przede wszystkim znane mam dosyć dobrze ziemniaki przyrządzane na wiele sposobów. Co jeszcze trzeba spróbować w Norwegii? Mleczny wymysł o nazwie Geitost, ser kozi o barwie i smaku toffi, uderzający nawet w smak karmelu czy krówek. Nietuzinkowy ser ale na razie w Polsce pojawia się tak często jak uśmiechnięta twarz, a szkoda.
Skandynawia to spokojnie miejsce, właściwie to czasami błogi brak cywilizacji, ale kulinarnie to wulkan doznań. Miejsce które ucieka, a kulinarny świat próbuje je dogonić , na razie bez rezultatu i zapewne tak jeszcze pozostanie.
Trwa ładowanie komentarzy...